„Dobra zmiana” nowej minister edukacji polegać ma na rozbiórce całego systemu, ociosaniu poszczególnych elementów, przyklejeniu tu i ówdzie odłupanych kawałków i poskręcaniu go ponownie. A potem się zobaczy, co z tego wyjdzie.
Może i byłoby to śmieszne, gdyby nie było prawdziwe i nie dotyczyło naszych dzieci…
Zamiast usprawniać system oświaty, funduje mu się kolejną rewolucję. Zdezorientowane samorządy, które prowadzą szkoły, pogubieni nauczyciele i wygłaszająca ogólniki minister nie wróżą dobrze na przyszłość.
Warto w tym miejscu postawić pytanie o cel. Po co ta wywrotka? Czego się po niej spodziewa ministerstwo? Jakie efekty przyniesie ta zmiana?
Nie mam wątpliwości, że wszystkim powinno zależeć na podnoszeniu jakości edukacji. Wszak im lepiej wykształcona młodzież, tym mądrzejsze decyzje obywateli, szybciej rozwijająca się gospodarka, innowacje, nauka, lepsze warunki życia – korzyści można wymieniać długo. Czy przesunięcie dzieci z budynku A do budynku B, zmiana nazwy szkoły, zamęt, reorganizacja i zwolnienia nauczycieli przyniosą cokolwiek dobrego? Dalibóg, nie wiem, jak poprowadzić wywód logiczny, by dojść do „dobrej zmiany”.
I tu olśnienie! Przecież PiS widzi świat na opak: Polska jest w ruinie, a Trybunał Konstytucyjny łamie Konstytucję. Chcemy być w Unii Europejskiej, więc obrażamy jej przedstawicieli i nie stosujemy się do rad. O pluralizm w mediach dba polityk PiS, który nieszczególnie przejmuje się „ciemnym ludem”.
Pewnie dlatego minister edukacji lepiej będzie zarządzać szkołami niż samorządy! Z Warszawy widać wszystko, a nawet jeszcze więcej. W zmienionych niedawno ustawach decyzje wracają do kuratoriów, choć odpowiedzialność ponoszą nadal samorządy. Ale ministerstwu to nie wystarczy. Żeby nauczyciele nie myśleli samodzielnie, dostaną nowe wytyczne – szczególnie z nową wersją historii, tą widzianą oczyma PiS. I nauczać jej będą codziennie. Aż do skutku. Aż do czasu, gdy wszyscy będą myśleć jak PiS.
